czwartek, 16 marca 2017

Każda ich pozycja to jest propozycja i przerwa w nadawaniu.

W postach roboczych znalazłam takie skarby:






















Serial pt. "Malina z tej kury wypad":





Oj, uważaj na nuszki...


No, wylądowała.

No.


Kochane Kureiry, zostawiam was tu ze zdjęciami zwierzaków, napawajcie się do woli, a ja znikam na jakiś czas, aż rozwiążą się moje problemy z netem. 
Komentarze są wyłączone, bo co to za dyskusja jednostronna, skoro ja nie mogę!

Do poczytania, trzymajcie kciuki za net, za... wszystko najlepiej!


niedziela, 12 marca 2017

Niusy trochę stare.

Wprawdzie dzisiaj nie wtorek, ale to chyba wiosna mnie natchnęła. Gumno tętni życiem, wróble biją się o frodkowe kudły - jak co roku. Nawet Baluś od czasu do czasu puszcza rąbek spódnicy mojej Siostry i gania za gołębiami (spoko, nie ma szans). Tylko czegoś zimno na świecie, ale to raczej ostatnie zimno - mam nadzieję. Piszę z laptopa mojej Siostry, bo chwilowo (nie wiem jak długo) nie mam internetu, będę więc bąkać ze smarkfona, ale to upierdliwe jest, same wiecie. Bo Marta musi dzisiaj wracać do tzw. obowiązków. Mam też kłopot ze zdjęciami, nie wiem dlaczego ten tu laptop nie chce moich zdjęć. Ale coś pokombinuję. Może chociaż Czajnik wejdzie. Tak czy siak żyję i nie powiem, że fruwam, ale rozkręcam się.
To teraz spróbuję z Czajnikiem. Udało się. Widział ktoś słodsze słodkości? Słodkiej niedzieli!


Malinka:



sobota, 4 marca 2017

WIOSENNE PORZĄDKI W SZUFLADZIE WSPOMNIEŃ

Witam serdecznie wszystkich czytelników, tu wiceprezeska Mika. Hana prosiła, żebym chwilowo ją zastąpiła, więc czynię to z przyjemnością. Miałam ten tekst publikować w Zakątku, ale jak tak to będzie w Kurniku głównym.

Otóż wiosna idzie niechybnie. Świadczą o tym nie tylko przebiśniegi w moim ogródku ale i mój pęd do robienia porządków w szafkach, zakamarkach i szufladach. Zajrzałam między innymi do szuflady ze zdjęciami i szpargałami, gdzie odkryłam różne ciekawe rzeczy, nasuwające wiele wspomnień...

A więc fotografie. Różne. Moje, moich przyjaciół, rodzinne, wakacyjne, górskie... Powiem wam, że dziwnie się patrzy na siebie sprzed lat. I konkluzja nasuwa się jedna: człowiek jest idiotą. W tym przypadku człowiek czyli ja. Teraz widzę na zdjęciach uśmiechniętą, fajną, niebrzydką , wysportowaną kobitkę, wtedy, kiedy nią byłam, widziałam grubego, niezgrabnego pulpeta, na dodatek z kulfoniastym nosem... Zatruwałam sobie tamtą fajną teraźniejszość, nie wiedząc, jak bardzo będę jej żałować, gdy stanie się przeszłością... Teraz nie używam lustra i nie chcę robić sobie zdjęć. Ciekawe tylko, dlaczego ta świadomość przychodzi tak późno, dlaczego w chwili bieżącej, teraz, tak trudno siebie zaakceptować. Może trzeba nabrać dystansu po prostu.

Wśród zdjęć cała seria dokumentująca zjazd rodzinny w domku mojego kuzyna nad jeziorem, sporo lat temu. Smutno mi się zrobiło, bo kuzyn niedawno zmarł, podobnie jak dwie kuzynki z fotografii. Małe dziewczynki, wnuczki jednego z kuzynów, mają już swoje dzieci... Cóż,  upływ czasu jest nieubłagany.  Ja wonczas w "kwiecie wieku" ,  w dobrej formie, w mojej ukochanej skórzanej kurtce, którą nosiłam, aż się rozleciała na strzępy.

Oprócz zdjęć wylazły na świat kartki od mojej byłej szefowej z czasów pracy w biurze podróży, wysłane z Wysp Wielkanocnych i Honolulu... Wielki świat do mnie zajrzał... Pasją pani A. były podróże, zwiedziła chyba cały świat, no może na Antarktydzie nie była. A były to czasy, gdy podróżować łatwo nie było, wszędzie trzeba było mieć wizy (halo młodzieży, co było, te wizy?? Może warto sobie przypomnieć, tfu, tfu!),  koszty spore , telefonów komórkowych brak. A jednak potrafiła wszystko zorganizować. Fajnie było słuchać jej opowieści po powrocie.



 Z czeluści szuflady wychynął spory i pożółkły wycinek z Tygodnika Podhalańskiego, w którym to namiętnie polemizowałam z pisującym tam recenzje panem na temat spektaklu "Czarownice z Salem" z naszego teatru. Ja byłam bardzo zachwycona, pan zupełnie nie, ale swoją odpowiedź zakończył ładnym zdaniem, iż bardzo go cieszy, że w czasach gdy wszyscy tylko o polityce dyskutują (początek lat 90-tych to był!) można się jeszcze z kimś posprzeczać o spektakl... W szoku byłam, jak ja pięknie i z żarem pisałam wonczas... Tak więc nie dość, że niebrzydka to i jeszcze niegłupia byłam...
Ale najlepsze jest to, co odkryłam w internecie na temat mojego ówczesnego  interlokutora. Otóż zrobił on doktorat a następnie został profesorem na UJ, jest teatrologiem i i profesorem w Katedrze Performatyki (!) , napisał kilka książek o teatrze, za które dostał nagrodę Tischnera i Giedroycia i był jakiś czas dyrektorem Instytutu Grotowskiego, o którym też książkę napisał. I ja , sierota, miałam czelność z takim specjalistą się kłócić...  Ale co on robił w naszym prowincjonalnym Tygodniku?????



A otóż i czarno-biały kartonik z charakterystyczną czcionką teatralną i z dużym napisem DKF "Appendix" .  To karnet wstępu na projekcje filmowe owego DKFu, któregoż to byłam szefową w czasach mojej pracy w teatrze. Projekcje odbywały się w kinie miejskim, ale niestety o godzinie 22,00, więc tylko najbardziej zagorzali miłośnicy kina przybywali na filmy. Zdarzało się, że na całej wielkiej sali było osób kilka, zwłaszcza, że repertuar miałam ambitny. Filmy wypożyczałam głównie z Filmoteki Narodowej, przychodziły w wielkich, ciężkich żelaznych pudłach pociągiem (o kurierach nikt wtedy nie słyszał), trzeba było je odbierać z dworca i potem odsyłać. Lubiłam robić tematyczne cykle filmowe na cały miesiąc, np "4 x Makbet" (łącznie z filmem Orsona Wellesa i "Tronem we krwi" Kurosawy), "Kino amerykańskie lat 70-tych", filmy z Jane Fondą ("Barbarella"!) , filmy Wojciecha Hasa, angielska klasyka i wiele innych. Żałuję, że nie zbierałam programów, teraz już nie pamiętam dokładnie. Kopie nieraz były zniszczone, zawsze się denerwowałam, żeby ich nie uszkodzić. Raz niestety taśma zaczęła się palić... Pomimo ogromnych nerwów, bardzo te projekcje lubiłam. Niestety potem kino wypowiedziało nam umowę i DKF zakończył działalność.

A na koniec wpadły mi w ręce dwa małe karteluszki zabazgrane moim pismem, z tekstem piosenki Bogdana Łyszkiewicza z Chłopców z Placu Broni:
"Tak dobrze jest żyć,
 Tak dobrze jest żyć,
 Dobrze jest jeść,
 Dobrze jest pić,
 Zobaczyć w kinie dobry film,
 Potem kochać się i długo śnić...

 Jak dobrze jest herbatę z cukrem pić,
 Napalić  w piecu i książkę przeczytać,
 Jak dobrze jest żyć..."

Dedykuję wszystkim tę piosenkę:




To chyba na razie tyle moich wykopalisk, aczkolwiek opróżniłam dopiero pół szuflady, liczę, że ciąg dalszy nastąpi. I rzucą się na mnie kolejne wspomnienia, prosząc: "Jeszcze o mnie napisz, o mnie, nie chcemy niknąć w niepamięci..." Napiszę. Obiecuję wam, moje drogie wspomnienia:)))

P.S. Mam zdjęcia, ale nie wiem dlaczego pobiera mi cały czas do góry nogami. Siedziałam godzinę i nie umiem tego zrobić. Może kolega od komputera coś wymyśli.

niedziela, 26 lutego 2017

Słowo na niedzielę

Kochane Kureiry!
Skomplikowało mi się życie, tu dowala, tam się sypie, ówdzie skrzeczy. Jestem strasznie zmęczona. Nie chcę znikać bez słowa, jestem je Wam winna. Nie mam siły na nic, nie chcę pisać byle pisać, bo potem i tak nie daję rady odpowiadać na komentarze, które są przecież solą tego bloga. Wybaczcie mi, proszę, że je zamknę. Wiem i doceniam, że chciałybyście mnie pocieszyć i wiem, że jesteście tam zwarte i gotowe.
Gdyby Mika chciała i mogła mnie zastąpić, łamy są oczywiście otwarte.
Wrócę, oczywiście że wrócę. Nie wiem tylko kiedy. Ściskam Was i za pióra podejmuję.
Hana

środa, 22 lutego 2017

Z tęsknoty...

Kiedy patrzę na ogród o tej porze roku, muszę się uszczypnąć, aby uwierzyć, że to wkrótce się zmieni. Nie ma żadnych oznak wiosny, wręcz przeciwnie. Wprawdzie jest ciepło, ale buro, mokro i ponuro. Po połowę kół zarżnęłam się samochodem w błocie na własnym gumnie. Nie wiem jak i kiedy stamtąd wyjadę. A wyjechać muszę jutro, więc już teraz obmyślam strategię. Podłożyć pod koła dachówki? Deski? Niczego innego nie mam pod ręką. A leje w tej chwili jak z cebra, jutro będzie tylko gorzej. Cóż - takie uroki sielskiej wsi.
Szukałam w kompie czegoś zupełnie innego, a trafiłam na zdjęcia z lata ubiegłego roku. No i naszło mnie. Najpierw poleciałam oglądać inne ogrody. Trochę się tam ogrodowo zdołowałam, więc wróciłam na swoje - mentalnie i realnie. Pod kaloszkami ugina się, ciamka, kląska, zasysa i bulgocze, nawet pieski wychodzą na ganek i natychmiast zawracają. Bida i szarość z kątów wyłażą. Wokół mojej permakulturowej grządki walają się przez kogoś (?) rozwleczone farfocle, wokół karmnika wygląda jak w zaniedbanym zoo, ganek caluteńki upstrzony guanem, wszędzie pełno kory i drzazg z drewna do kominka, fruwają jakieś śmieci naniesione przez wiatr (i nie tylko). Widok jest przygnębiający. Byle do wiosny - chciałoby się rzec. Ona na pewno świat upiększy - przynajmniej w pewnej mierze i przynajmniej ten zewnętrzny. O resztę trzeba zawalczyć.
Nikt mnie nie powstrzyma. Podzielę się letnim gumnem - mnie podniosło kapkę na duchu. Może i Was podniesie? O ile ktoś podniesienia potrzebuje:)
Ps. Poszalałam ze zdjęciami.